Maszyna spokojnie unosiła się w powietrzu. Wiedział że to wbrew naturze i całkowicie sprzeczne z logiką, ale wiedział też dlaczego zgodne z fizyką. Świadomość że lot skończy się kiedy braknie prędkości - wcale nie poprawiała humoru. Ucho nawykłe do słuchania silników ciągle sprawdzało czy pracują poprawnie. Czy aby któremuś nie "wypadł zapłon", albo nie wpadł do niego ptak, albo może coś z silnika wyleciało...
- Przecież tak się kurwa nie da żyć - pomyślał i zaczął żałować że nie może wyjąć śpiwora z bagażu i walnąć się na podłodze. Stewardessy bowiem kursowały po niej w tę i z powrotem, a to z jedzeniem, a to z perfumami - fioła można dostać... W wojskowych samolotach było to jednak prostsze. Stewardessy nie było i nikt nie łaził po samolocie bo toalety nie zainstalowano.
- Dobra, koniec tego dziwnego myślenia, trzeba dać sobie wreszcie siana - kolejna myśl. Zrozumiał że do niczego go nie doprowadzi ciągłe słuchanie silników, analiza prędkości, obserwacja wychyleń skrzydła, które jak na złość było zaraz za oknem. Nos solidnie i głęboko w książkę i niech się dzieje co chce, w końcu ten Airbus to nic innego jak Autosan z Pierdziszewa Leśnego do Parzymiechów Wielkich. Tyle że w powietrzu. Przecież personel tego PKS-u wykonuje tu pracę, a raczej nie chcieliby wykonywać takiej która często kończy się katastrofą. Skoro więc oni żyją i latają, to i on da sobie radę. Tak podpowiadała logika. Ale z drugiej strony czaił się ten irracjonalny lęk, który kazał słuchać silników...
Książka była arcyciekawa, pochłonęła go całkowicie. Czytał o saharyjskich piaskach i wspominał swój niedawny pobyt w opisywanych miejscach. Było to szalenie miłe uczucie i chętnie doczytałby książkę do końca, ale właśnie wtedy podniebny autokar rozpoczął zniżanie. Błędnik perfekcyjnie wyłapał rozpoczęcie manewru, jeszcze zanim reszta pasażerów zdała sobie z tego sprawę. Maszyna wolno i delikatnie obniżała pułap, mimo że byli jeszcze nad Morzem Północnym.
Zgodnie z przewidywaniami w powietrzu był już wieczorny spokój, kolejki do lądowania nie było, raptem jeden krąg na 4000 metrów, na początku Londynu. Idealnie wykreślony przez pilota, jakby po konnym torze wyścigowym przeleciał. Docenił maestrię i kunszt "kierownika autobusu" - trochę go to uspokoiło. Maszyna zgrabnie podeszła do pasa i płynnie przyziemiła. A potem to już tylko gwałtowne hamowanie, połączone oczywiście z wyobrażeniem sobie kilku kolejnych, możliwych do zrealizowania scenariuszy katastrofy - uderzenie, kula ognia, płonące postacie - same sympatyczne myśli. Samolot stanął przy rękawie,.. Wyobraźnia przestała pracować. Przetrwał lot... Zwyciężył... Przeżył pierwszy lot cywilną maszyną. Będzie żył...
Heathrow to nie było małe lotnisko. Spodziewał się że jest duże, widział w życiu różne duże obiekty, ale ten okazał się mocno zaskakujący. Kolejka do granicy brytyjskiej zabrała cenne 20 minut, potem dłuuuuugi spacer rozmaitymi korytarzami, aby dojść do metra. Wszystko oznakowane tak że ślepy by trafił i to kulejąc. Metro idealnie o czasie, pierwsza przesiadka - bezbłędna, druga minimalnie gorzej. Przejście na dworcu Victoria z metra do pociągu podmiejskiego nie było najłatwiejsze. Musiał zrozumieć pokrętną brytyjską logikę przy oznaczaniu peronów, kolejek i stacji. Studiował to przed przyjazdem, kojarzył loga i oznaczenia, wszystko powoli składało się w całość - elementy pozornie skomplikowanej układanki wskakiwały zgrabnie na swoje miejsca.
Dojazd z dwiema przesiadkami okazał się całkiem prosty i udało mu się bez większego problemu trafić na docelową stację, gdzie czekał na niego stary kumpel. Krótkie, męskie, ale serdeczne powitanie. Poczuł że jest u celu...
Dojazd z dwiema przesiadkami okazał się całkiem prosty i udało mu się bez większego problemu trafić na docelową stację, gdzie czekał na niego stary kumpel. Krótkie, męskie, ale serdeczne powitanie. Poczuł że jest u celu...

