sobota, 9 kwietnia 2016

Lot cz.2

Maszyna spokojnie unosiła się w powietrzu. Wiedział że to wbrew naturze i całkowicie sprzeczne z logiką, ale wiedział też dlaczego zgodne z fizyką. Świadomość że lot skończy się kiedy braknie prędkości - wcale nie poprawiała humoru. Ucho nawykłe do słuchania silników ciągle sprawdzało czy pracują poprawnie. Czy aby któremuś nie "wypadł zapłon", albo  nie wpadł do niego ptak, albo może coś z silnika wyleciało... 

- Przecież tak się kurwa nie da żyć - pomyślał i zaczął żałować że nie może wyjąć śpiwora z bagażu i walnąć się na podłodze. Stewardessy bowiem kursowały po niej w tę i z powrotem, a to z jedzeniem, a to z perfumami - fioła można dostać... W wojskowych samolotach było to jednak prostsze. Stewardessy nie było i nikt nie łaził po samolocie bo toalety nie zainstalowano.



- Dobra, koniec tego dziwnego myślenia, trzeba dać sobie wreszcie siana - kolejna myśl. Zrozumiał że do niczego go nie doprowadzi ciągłe słuchanie silników, analiza prędkości, obserwacja wychyleń skrzydła, które jak na złość było zaraz za oknem. Nos solidnie i głęboko w książkę i niech się dzieje co chce, w końcu ten Airbus to nic innego jak Autosan z Pierdziszewa Leśnego do Parzymiechów Wielkich. Tyle że w powietrzu. Przecież personel tego PKS-u wykonuje tu pracę, a raczej nie chcieliby wykonywać takiej która często kończy się katastrofą. Skoro więc oni żyją i latają, to i on da sobie radę. Tak podpowiadała logika. Ale z drugiej strony czaił się ten irracjonalny lęk, który kazał słuchać silników... 

Książka była arcyciekawa, pochłonęła go całkowicie. Czytał o saharyjskich piaskach i wspominał swój niedawny pobyt w opisywanych miejscach. Było to szalenie miłe uczucie i chętnie doczytałby książkę do końca, ale właśnie wtedy podniebny autokar rozpoczął zniżanie. Błędnik perfekcyjnie wyłapał rozpoczęcie manewru, jeszcze zanim reszta pasażerów zdała sobie z tego sprawę. Maszyna wolno i delikatnie obniżała pułap, mimo że byli jeszcze nad Morzem Północnym. 

Zgodnie z przewidywaniami w powietrzu był już wieczorny spokój, kolejki do lądowania nie było, raptem jeden krąg na 4000 metrów, na początku Londynu. Idealnie wykreślony przez pilota, jakby po konnym torze wyścigowym przeleciał. Docenił maestrię i kunszt "kierownika autobusu" - trochę go to uspokoiło. Maszyna zgrabnie podeszła do pasa i płynnie przyziemiła. A potem to już tylko gwałtowne hamowanie, połączone oczywiście z wyobrażeniem sobie kilku kolejnych, możliwych do zrealizowania scenariuszy katastrofy - uderzenie, kula ognia, płonące postacie - same sympatyczne myśli. Samolot stanął przy rękawie,.. Wyobraźnia przestała pracować. Przetrwał lot... Zwyciężył... Przeżył pierwszy lot cywilną maszyną. Będzie żył...

Heathrow to nie było małe lotnisko. Spodziewał się że jest duże, widział w życiu różne duże obiekty, ale ten okazał się mocno zaskakujący. Kolejka do granicy brytyjskiej zabrała cenne 20 minut, potem dłuuuuugi spacer rozmaitymi korytarzami, aby dojść do metra. Wszystko oznakowane tak że ślepy by trafił i to kulejąc. Metro idealnie o czasie, pierwsza przesiadka - bezbłędna, druga minimalnie gorzej. Przejście na dworcu Victoria z metra do pociągu podmiejskiego nie było najłatwiejsze. Musiał zrozumieć pokrętną brytyjską logikę przy oznaczaniu peronów, kolejek i stacji. Studiował to przed przyjazdem, kojarzył loga i oznaczenia, wszystko powoli składało się w całość - elementy pozornie skomplikowanej układanki wskakiwały zgrabnie na swoje miejsca.

Dojazd z dwiema przesiadkami okazał się całkiem prosty i udało mu się bez większego problemu trafić na docelową stację, gdzie czekał na niego stary kumpel. Krótkie, męskie, ale serdeczne powitanie. Poczuł że jest u celu...

wtorek, 5 kwietnia 2016

Lot cz.1

Serdecznie nienawidził latać. Tak bardzo tego nie znosił, że unikał latania jak ognia. Po prostu nie odrywał się od ziemi pod żadnym pozorem. Nie i nie. Ale skąd wiedział że tego uczucia nie lubi? No cóż, zdarzyło mu się razy kilka przelecieć aeroplanem - sporo lat przepracował przy samolotach wojskowych. Za każdym razem kiedy musiał oderwać się od ziemi - cierpiał. Kiedy leciał do Iraku, po prostu rozłożył na podłodze karimatę, śpiwór, powiedział kolegom dobranoc i wypiął się dupą do świata na całe osiem godzin. 

Tak naprawdę zrobił to z jeszcze jednego powodu - żeby nie chciało mu się palić. A palił wtedy standardową paczkę dziennie. Lubił palić i czuł że osiem godzin w blaszanej puszce, bez fajki, sześć tysięcy metrów nad ziemią, z turbulencjami i innymi dodatkowymi atrakcjami, to będzie wyzwanie ponad siły. Dlatego spał. Nie przeczuwał jeszcze jakie będzie lądowanie u celu. A to przeżycie jedyne w swoim rodzaju - ciasna spirala z trzech tysięcy metrów, opadanie prawie swobodne, bo samolot musi jak najszybciej dosięgnąć MATKI ZIEMI. Tak na wszelki wypadek, aby nie trafiła go rakieta ziemia-powietrze, którymi tak lubili posługiwać się iraccy (cholera wie) rebelianci (lub partyzanci, czy jak ich tam jeszcze nazwiemy).

Sześć tygodni później, kiedy przyszło wracać do Polski - zrobił to samo. Zaczekał aż wszyscy wsiądą do CASY i ze śpiworem i karimatą ułożył się na jedynym wolnym skrawku podłogi. Tak się złożyło że samolot był tym razem praktycznie pełny. Ale udało się położyć i zasnąć. Przespać uczucie strachu i bezradności kiedy naładowana do granic możliwości maszyna musi w ciasnej spirali wspiąć się na owe bezpieczne trzy tysiące metrów. Z tym że podczas wznoszenia "ciasność" spirali jest mocno dyskusyjna. Samolot wylatywał poza "bezpieczny" obszar bazy i mozolnie budował swoją wysokość. Trafić mogła go wystrzelona z procy gęś, a co tu mówić o rakiecie. Dopiero po osiągnięciu pułapu 3000 metrów odleciał w kierunku kraju w linii prostej (nadal się wznosząc, ale już spokojniej). 

Jakimś cudem zasnął podczas tego startu. Do dziś nie wie jak mu się to udało. Zasnął tak mocno, że szturchania kolegów żeby zobaczył Bosfor nie robiły na nim żadnego wrażenia. Spał i śnił o przyszłości w której już nigdy nie wsiądzie do żadnego pierdolonego samolotu... Miało być tak pięknie...

Dziewięć lat później znowu siedział w samolocie. Tym razem cywilnym, lecącym jak tramwaj powietrzny z lotniska A na lotnisko B. To jest bezpieczne - powtarzał sobie w duchu, dodając odwagi - przecież codziennie tysiące samolotów startują i lądują. Nie miał już problemu z paleniem, rzucił to dawno temu, ale nadal problemem było zaufanie do pilota, personelu naziemnego, obsługi technicznej. Wiedział jakie są procedury, wiedział jak to wygląda w rzeczywistości i ta wiedza go nie uspokajała. Wręcz przeciwnie - całym sobą marzył o wyjściu z tej latającej tubki i pojechaniu samochodem. Jednak wiedział że to niemożliwe. Że choćby nie wiadomo co - musi się do tego przyzwyczaić i zaakceptować. Że od teraz ten cholerny środek lokomocji będzie czymś z czym zmierzy się nie raz i nie dwa. Że musi uwierzyć że jeden pilot debil który rozbił maszynę o góry - spowodował takie zaostrzenie środków bezpieczeństwa, że po raz drugi się to nie powtórzy. Wcale go to kurwa nie uspokajało... 



Maszyna dostała niezbędne zgody, silniki grzecznie nabrały obrotów i cielsko drgnęło, aby powoli nabrać prędkości i pokołować do pasa startowego. Kolejka startowa nie była przesadnie długa, specjalnie wybrał lot wieczorny, kiedy w powietrzu jest już mniejszy ruch. To pozwalało zminimalizować ryzyko krążenia w kolejce nad lotniskiem docelowym - aby tylko jak najkrócej być w powietrzu... O ile żaden debil nie postanowi się gdzieś wysadzić w imię jakiegoś bzdetu...

Silniki ryknęły pełną mocą i A320 ruszył wzdłuż pasa. Musiał rozpędzić się do ponad 230 km/h i robił to całkiem sprawnie. Nagle zniknęły wibracje kadłuba i poczuł że żołądek delikatnie sygnalizuje zmianę kąta. Wznosili się. Rozpiął pas kiedy na to pozwolono i zajął swoimi sprawami. Przygotował dwa telefony w których musiał umieścić nowe karty SIM, tak aby od razu po wylądowaniu umożliwiły mu rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu. Rozdziału który jest wyzwaniem o rząd wielkości potężniejszym niż te z którymi mierzył się do tej pory. Przeprowadzał się wielokrotnie i ten fakt nie robił na nim wrażenia. Po raz pierwszy jednak zmieniał przy okazji kraj. To było nowe, bardzo podniecające uczucie. Dreszcz emocji, zew nieznanych wyzwań, pierwotne poczucie konieczności walki o samego siebie. To powodowało miłe łaskotanie, ciepło rozlewające się po ciele, właściwie porównywalne z uczuciem po udanym seksie. A nawet bardzo udanym. Chyba nawet zaczynało mu się to podobać.

Samolot spokojnie przecinał chmury... Lądowanie miało dopiero nastąpić...