Serdecznie nienawidził latać. Tak bardzo tego nie znosił, że unikał latania jak ognia. Po prostu nie odrywał się od ziemi pod żadnym pozorem. Nie i nie. Ale skąd wiedział że tego uczucia nie lubi? No cóż, zdarzyło mu się razy kilka przelecieć aeroplanem - sporo lat przepracował przy samolotach wojskowych. Za każdym razem kiedy musiał oderwać się od ziemi - cierpiał. Kiedy leciał do Iraku, po prostu rozłożył na podłodze karimatę, śpiwór, powiedział kolegom dobranoc i wypiął się dupą do świata na całe osiem godzin.
Tak naprawdę zrobił to z jeszcze jednego powodu - żeby nie chciało mu się palić. A palił wtedy standardową paczkę dziennie. Lubił palić i czuł że osiem godzin w blaszanej puszce, bez fajki, sześć tysięcy metrów nad ziemią, z turbulencjami i innymi dodatkowymi atrakcjami, to będzie wyzwanie ponad siły. Dlatego spał. Nie przeczuwał jeszcze jakie będzie lądowanie u celu. A to przeżycie jedyne w swoim rodzaju - ciasna spirala z trzech tysięcy metrów, opadanie prawie swobodne, bo samolot musi jak najszybciej dosięgnąć MATKI ZIEMI. Tak na wszelki wypadek, aby nie trafiła go rakieta ziemia-powietrze, którymi tak lubili posługiwać się iraccy (cholera wie) rebelianci (lub partyzanci, czy jak ich tam jeszcze nazwiemy).
Sześć tygodni później, kiedy przyszło wracać do Polski - zrobił to samo. Zaczekał aż wszyscy wsiądą do CASY i ze śpiworem i karimatą ułożył się na jedynym wolnym skrawku podłogi. Tak się złożyło że samolot był tym razem praktycznie pełny. Ale udało się położyć i zasnąć. Przespać uczucie strachu i bezradności kiedy naładowana do granic możliwości maszyna musi w ciasnej spirali wspiąć się na owe bezpieczne trzy tysiące metrów. Z tym że podczas wznoszenia "ciasność" spirali jest mocno dyskusyjna. Samolot wylatywał poza "bezpieczny" obszar bazy i mozolnie budował swoją wysokość. Trafić mogła go wystrzelona z procy gęś, a co tu mówić o rakiecie. Dopiero po osiągnięciu pułapu 3000 metrów odleciał w kierunku kraju w linii prostej (nadal się wznosząc, ale już spokojniej).
Jakimś cudem zasnął podczas tego startu. Do dziś nie wie jak mu się to udało. Zasnął tak mocno, że szturchania kolegów żeby zobaczył Bosfor nie robiły na nim żadnego wrażenia. Spał i śnił o przyszłości w której już nigdy nie wsiądzie do żadnego pierdolonego samolotu... Miało być tak pięknie...
Dziewięć lat później znowu siedział w samolocie. Tym razem cywilnym, lecącym jak tramwaj powietrzny z lotniska A na lotnisko B. To jest bezpieczne - powtarzał sobie w duchu, dodając odwagi - przecież codziennie tysiące samolotów startują i lądują. Nie miał już problemu z paleniem, rzucił to dawno temu, ale nadal problemem było zaufanie do pilota, personelu naziemnego, obsługi technicznej. Wiedział jakie są procedury, wiedział jak to wygląda w rzeczywistości i ta wiedza go nie uspokajała. Wręcz przeciwnie - całym sobą marzył o wyjściu z tej latającej tubki i pojechaniu samochodem. Jednak wiedział że to niemożliwe. Że choćby nie wiadomo co - musi się do tego przyzwyczaić i zaakceptować. Że od teraz ten cholerny środek lokomocji będzie czymś z czym zmierzy się nie raz i nie dwa. Że musi uwierzyć że jeden pilot debil który rozbił maszynę o góry - spowodował takie zaostrzenie środków bezpieczeństwa, że po raz drugi się to nie powtórzy. Wcale go to kurwa nie uspokajało...
Maszyna dostała niezbędne zgody, silniki grzecznie nabrały obrotów i cielsko drgnęło, aby powoli nabrać prędkości i pokołować do pasa startowego. Kolejka startowa nie była przesadnie długa, specjalnie wybrał lot wieczorny, kiedy w powietrzu jest już mniejszy ruch. To pozwalało zminimalizować ryzyko krążenia w kolejce nad lotniskiem docelowym - aby tylko jak najkrócej być w powietrzu... O ile żaden debil nie postanowi się gdzieś wysadzić w imię jakiegoś bzdetu...
Silniki ryknęły pełną mocą i A320 ruszył wzdłuż pasa. Musiał rozpędzić się do ponad 230 km/h i robił to całkiem sprawnie. Nagle zniknęły wibracje kadłuba i poczuł że żołądek delikatnie sygnalizuje zmianę kąta. Wznosili się. Rozpiął pas kiedy na to pozwolono i zajął swoimi sprawami. Przygotował dwa telefony w których musiał umieścić nowe karty SIM, tak aby od razu po wylądowaniu umożliwiły mu rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu. Rozdziału który jest wyzwaniem o rząd wielkości potężniejszym niż te z którymi mierzył się do tej pory. Przeprowadzał się wielokrotnie i ten fakt nie robił na nim wrażenia. Po raz pierwszy jednak zmieniał przy okazji kraj. To było nowe, bardzo podniecające uczucie. Dreszcz emocji, zew nieznanych wyzwań, pierwotne poczucie konieczności walki o samego siebie. To powodowało miłe łaskotanie, ciepło rozlewające się po ciele, właściwie porównywalne z uczuciem po udanym seksie. A nawet bardzo udanym. Chyba nawet zaczynało mu się to podobać.
Samolot spokojnie przecinał chmury... Lądowanie miało dopiero nastąpić...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz